Home Kulturka Wiesław Mysliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
Wiesław Mysliwski - Traktat o łuskaniu fasoli Drukuj Email

Przeważnie każdy z nas ma jakąś zasadę, może to być konkretna liczba stron, która stanowi o tym, czy brniemy dalej w czytaną historię, czy ciekawi nas bohater, czy nie jesteśmy w stanie znieść maniery pisarza, stylu czy konstrukcji książki. I szczerze mówiąc łamałam swoje zasady wchodząc w „Traktat o łuskaniu fasoli” dwukrotnie.

*

Początkowo książka wydała mi się nudna, dziwnie pisana. Bohater wciąż sam sobie zadawał pytania, potem sam sobie odpowiadał. Po kilku pierwszych stronach przyzwyczaiłam się do takiej formy narracji, nie mogąc oderwać od niej oczu!

Przypadkowo pukasz do drzwi gospodarstwa, chcesz kupić fasolę. Otwiera starszy pan, którego odrywasz od malowania zniszczonych, tabliczek nagrobnych... Daty, nazwiska. Od tego zaczyna. Wyciąga wiązki fasoli, rzuca na środek kuchni, daje po zydelku. Łuskacie fasolę. Słuchasz... Jeden człowiek, jeden wieczór. Same słowa.

Może łatwiej mu opowiedzieć wszystko, szczerze, aż do bólu właśnie dlatego? Może dawno z nikim nie rozmawiał? Zdradza o sobie coraz więcej. Z zawodu elektryk, złota rączka na powojennych placach budów i w fabrykach. Jednocześnie muzyk saksofonista. Muzyk bez szkoły, zaciekle ćwiczący grę w budowanych halach i magazynach, zniszczonym wojną kościele. Przepis PRL dotyczący zakładów pracy, pozwala na realizację pasji. Zaczyna grać w zakładowym zespole. Teraz już nie ma odwrotu – chce, żeby saksofon prowadził go przez świat, otwierał różne drzwi. Z jednej z zagranicznych delegacji nie wraca do kraju. Robi to po wielu latach, gdy już teraz nie może grać z racji chorych rąk. Opiekuje się siedliskiem dacz nad zalewem w rodzinnej wiosce. Obserwuje ludzi, wspomina. Naprawdę, uwierzcie, zwykły prosty człowiek.

Gdyby zacząć opowiadać od początku, historię od dzieciństwa, od pierwszych zapamiętanych kadrów – zbierze się dużo słów. Jednak nie do końca chodzi o fakty. Chodzi o wysnucie z nich wniosków, o sposoby rozliczenia się z ludźmi, o spojrzenie z perspektywy, wytłumaczenie siebie, innych i okoliczności życia, rodziny, natury. Przez słuchanie bohatera poznajemy jego i ludzi, których najpierw okalecza wojna, a potem wykrzywia PRL. Historie przypadków zagubień i odnajdywań. A właściwie może wcale „nie-przypadków”?

W tytule mamy słowo „traktat”, na tyle okładki czytamy, że to „powieść metafizyczna”. Może zdystansować i chciałoby się odłożyć, bo "trudne", „ciężkie”.

„Nie ma pan do mnie zaufania? No, a przyszedł pan do mnie po fasolę!” mówi bohater do przybysza. Mówi prosto, potocznie. Mówi jak człowiek do człowieka.

Prozaiczne! Banalne! Ot, łuskanie fasoli – czynność oczywista. Wydaje mi się, że chodzi tu o robienie prostych rzeczy razem, o potrzebie bliskości, żeby czas przeminął z kimś, przy czymś, i z sensem.

Na koniec, gdy bohater-gospodarz rzuca od niechcenia retoryczne pytanie: „I co, warto było przychodzić?”, można z czystym sumieniem mogę odpowiedzieć: "Warto..."

Książka niezwykła i mądra. W 2007 autor otrzymał za nią Nagrodę Literacką "Nike". Słusznie.

Czytała Iwa